"Fear of a Blank Planet" został płytą miesiąca "Teraz Rock" – recnzja:
Album roku? Sześć wspaniałych, wyrafinowanych utworów, rozbudowana, błyskotliwa warstwa literacka, a wśród wykonawców takie znakomitości, jak Robert Fripp z King Crimson i Alex Lifeson z Rush. Ta płyta to swoiste Opus perfectum et absolutum... Steven Wilson ma prostą receptę na sukces: Rób swoje, bo to jedyna szansa na długotrwałą karierę. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ale każda kolejna płyta Porcupine Tree dowodzi, że w tym plastikowym świecie można pozostać wiernym swoim muzycznym ideałom i równocześnie osiągać sukcesy. O ironio! Najnowsza płyta Jeżozwierzy w warstwie literackiej stanowi refleksję nad otaczającą nas rzeczywistością. Dotyczy zagubienia młodych ludzi wśród pokus, jakie podsuwa nowoczesna technologia z Internetem, iPodami, grami video i telefonami komórkowymi na czele. Dokąd zaprowadzi nas ten postęp? Jakie skutki mogą mieć nasze złe wybory? Album składa się z utworów, tworzących spójną i przemyślaną w każdym szczególe całość. Zacznijmy od tytułowego Fear Of A Blank Planet. Wciągający złowieszczym klimatem i transową aurą, wydaje się wyrastać z mocniejszych heavymetalowych brzmień zapoczątkowanych na płycie "In Absentia". Kolejny na płycie, prawdziwie poruszający My Ashes to znowu powrót do czasów "Stupid Dream" czy "Lightbutb Sun", zaczyna się tajemniczo od motywu przypominającego wstęp do niedawno wydanego DVD, współbrzmienia fortepianu kojarzą się z Piano Lessons, zaś symfoniczne brzmienia w refrenie przywołują klimat Blackfield. Nostalgicznych momentów jest tutaj zdecydowanie więcej, np. Sentimental iskrzący milionami brzmieniowych odcieni i zawierający wyjęte jakby z utworu Trains ("In Absenda") zakończenie. Najbardziej poruszył mnie stopniowo rozwijający się Way Out Of Here z majestatycznym refrenem, pełnym szczerego bólu, oraz piękną solówką gitarową i soundscapes Roberta Frippa. Jedyne, co w tym utworze do mnie nie trafia, to ciężki heavymetalowy odcinek, który sprawia wrażenie wciśniętego trochę na siłę. Skoro miała to być jedna z najambitniejszych płyt, nie mogło również zabraknąć wielkiej formy: Anesthetize. Stopniowo narastająca, zawiera piękne wielogłosowe wokalizy, wspaniałą, wyróżniającą się na całym albumie solówkę gitarową Alexa Lifesona oraz najmocniejsze w twórczości zespołu, ekstremalnie heavymetalowe fragmenty. W zamykającym longplay Sleep Together odnajdziemy nawiązania do Come Together The Beatles, wpływy orientalne oraz dotychczas niespotykane u Porcupine Tree smyczki o jazzowym odcieniu. Nie ma na nowej płycie zespołu rewolucji stylistycznych, jest rewelacyjna muzyka łącząca w sobie to, co w jego dotychczasowej twórczości najbardziej smakowite. (Bartłomiej Gajda, 4,5/5, TR 5/2007)